|
wtorek, 03 stycznia 2012
Gosposia prawie do wszystkiego, Monika Szwaja
![]() Zdjęcie takie, a nie inne, bo niech mi się już zawsze kojarzy "Gosposia" z przyjemnością, z tym leniwym przedpołudniem na l4, gdy wyciągnięta rozkosznie na kanapie, na nowo odkryłam w sobie radość z czytania. Pierwszych 90 stron męczyłam cały miesiąc, przeklinając się w duchu za nieszczęśliwy wybór lektury. Na regale tyle prawdopodobnie pysznych książek ("Dziwne losy Jane Eyre" ! - mój wieloletni wyrzut sumienia, który postaram się w tym roku, już na pewno), a ja wybrałam akurat tę, takie typowo babskie czytadło napisane miernym językiem z mało zajmującą fabułą. Myślałam tak do pewnego grudniowego dnia, kiedy to chora z nudów na lekarskim zwolnieniu, przymusiłam się do przeczytania kolejnej strony. I popłynęłam, i już nic ni nikt nie mógł mnie od "Gosposi" odciągnąć, pókim nie skończyła. Odszczekuję, że mierny język i że kiepska ogólnie - właśnie bardzo fajna, coś na miarę "Klubu Matek Swatek", które tak mi się niegdyś spodobały. Lekka i smaczna jak to ciacho ze zdjęcia (dzieło mojego zdolnego męża - ciacho, bo zdjęcie moje), którym zajadałam się podczas lektury. Z treści tak naprawdę niewiele pamiętam, bo fabuła mało wiarygodna. Bohaterowie takoż. Więc na szybko, z głowy: Maria, literaturoznawczyni znudzona życiem kury domowej i przerażona brutalnością męża, pakuje walizki, zabiera ze wspólnego małżeńskiego konta kilkadziesiąt tysięcy złotych (sic!) i wyjeżdża w nieznane (czytaj: do Szczecina). Zamiast powrócić na uniwersyteckie łono, podejmuje się nowego wyzwania: zostaje profesjonalną gosposią prawie do wszystkiego (bo usługi seksualne w grę nie wchodzą) za 1200 zł tygodniowo (sic!). Oczywiście poznaje wielu nowych ludzi, z którymi od razu się zaprzyjaźnia, nowe miasto przyjmuje ją z otwartymi szczecińskimi ramionami, gosposiowy biznes kręci się w najlepsze, a sama Maria zakochuje się i szczęśliwieje. Niewiarygodne banały, ale podane lekko i suto okraszone rozkosznymi dla moli książkowych fragmentami, jak na przykład taki: ![]() Książka o wydźwięku niezwykle optymistycznym, o zmianach, których nie należy się bać (to tak a'propos Nowego Roku), bo mogą to być zmiany na tzw. "lepsze", sprawnie i lekko napisana, w intelektualnym duchu (podobały mi się fragmenty z tłumaczonymi przez Marię tekstami rosyjskich ballad), niosąca z sobą radość, głównie z tej niewinnej czynności, jaką jest czytanie. Przyjemnie spędziłam czas z "Gosposią", czego i Wam życzę, jeśli już książka trafi w Wasze ręce.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Nowy Rok jest obietnicą
Nowy Rok jest zawsze jakąś słodką obietnicą, a jednak nadal nie potrafię przestać myśleć o minionym - najlepszym, najintensywniejszym, najbardziej ekscytującym w moim życiu. Niech ten Nowy będzie równie dobry. Tym razem bez literackich podsumowań - w roku 2011 przeczytałam dwie książki wagi lekkiej (jedną w styczniu, drugą w grudniu), obejrzałam też kilkanaście filmów, przejrzałam parę kiepskich gazet. Nie ma czym się chwalić. W 2011 roku głównie żyłam, jak jeszcze nigdy. A jednak lubię początki. Nowy Rok jest zawsze jakąś słodką obietnicą, nadzieją, niewiadomą, białą kartą. W Nowym Roku będę więcej czytać i pisać i oglądać, i będę szczęśliwa i spokojna spokojem osoby spełnionej. Czego i Wam życzę. Więc niech się zacznie.
wtorek, 27 grudnia 2011
Poświątecznie i po prostu
Wigilia u teściów, pierwsze dwa dni świąt już u siebie, już sami. Synek w klockach lego , my przed telewizorem (W krzywym zwierciadle - Witaj Święty Mikołaju z 1989 roku bawi mnie nieodmiennie), albo w książkach (ja - "Zmierzch" Theorina, Mąż - "Bóg, kasa..." Hołowni i Prokopa). Spokojnie i cudnie. Kupne uszka w kupnym czerwonym barszczu, babcine pierogi z soczewicą i pyszny bigosik. Nasze pierwsze wspólne święta. Choinka. Obłędne kokosowe perfumy od Yves Rocher. Kominek. ![]() Mam czytającego Męża, i to jest elektryzujące, gdy tak siedzimy obok siebie, każde pochłonięte swoją lekturą, a w kubkach gorąca czekolada, na talerzykach kopiec kreta i orzechowiec, za oknem mżawka. Jestem szczęśliwa i sobie i wszystkim innym życzę tego szczęścia i spokoju, i czasu na książki. I miłości, najbardziej miłości. Tymczasem już wtorek, ponure przedpołudnie, do pracy na drugą zmianę. I odliczanie do Sylwestra. I postanowienia noworoczne, o których wiem tylko, że będą. A już wkrótce pierwsze recenzje po ponad rocznej przerwie. Wróciła radość czytania.
czwartek, 03 listopada 2011
Rok później
Rok później spędzam samotne przedpołudnie w pokoju synka. ![]() Piję herbatę z cytryną, sms-uję z mężem i przeglądam w sieci ulubione niegdyś strony. Próbuję czytać. Naprawdę. Czytam listopadowy numer Glamour (bo załączyli kalendarzyk z Audrey Hepburn na okładce) i Szwaję, po raz pierwszy w życiu.
Rok później zastanawiam się, co u Was. I czy ktoś tu jeszcze za mną tęskni, czy ktoś tu jeszcze zechce mnie poczytać. Namnożyło się, jak widzę, blogów książkowo-filmowych, rozrosło się grono czytających internautów, i tak naprawdę ten mój, ten jeszcze jeden, niezbędny nie jest. No i co. Brakuje mi czytania i pisania. Wszystko inne już mam. Dlatego wracam. Po roku od porzucenia bloga zmieniłam stan cywilny, adres zameldowania i zamieszkania, dowód osobisty, pracę. Zmieniło się wszystko. Przeczytałam dwie (sic!) książki (i były to, a niech mnie, dwie pierwsze części sagi autorstwa Stephanie Meyer), obejrzałam parę filmów. Chce mi się o tym mówić i pisać. Że jestem bezbrzeżnie szczęśliwa, o rok starsza i mądrzejsza, że najbardziej nieprawdopodobne marzenia faktycznie mogą się spełniać. Że przedpołudniami piorę, nastawiam radio we własnej (!) kuchni, przeglądam prasę i sieć, gotuję (!), wychodzę do pracy, wracam do ciepłych, pachnących słodyczami objęć synka, wieczory spędzam przy lampce wina z własnym, najukochańszym na świecie mężem, rozmawiając, oglądając filmy, a we wtorki to koniecznie amerykańską edycję x-factor na fox life. Stęskniłam się za blogiem.
piątek, 24 września 2010
Czas burz, Charlotte Link
![]() Cudna przecudna. I choć bliźniaczo podobna do "Domu sióstr" - zachwyca, a nawet: zachwyca tym bardziej. "Czas burz" to nic innego jak kolejna, z rozmachem napisana, urzekająca saga rodzinna, z wartką akcją osadzoną w czasie I wojny światowej, z namiętną i niezapomnianą bohaterką główną i barwną galerią innych postaci, pełnokrwistych i budzących prawdziwe emocje. Ich losy się przeżywa, ich poczynaniom kibicuje, tęskni się, gdy nagle odchodzą (a odchodzą, niestety, masowo). Uwielbiam takie książki: wielostronicowe, pięknie i ciekawie napisane, pełne zwrotów akcji, pochłaniające bez reszty. A do tego: z wielką historią w tle. Charlotte, moja (już ulubiona, śmiało napiszę) autorka, serwuje właśnie takie. Dlatego namawiam i polecam: oprócz 'Domu sióstr', poszukajcie i tej książki: niech Wam wypełni długie jesienne wieczory, niech Was porwie i zachwyci. Tytułowy "Czas burz" to okres I wojny światowej: akcja powieści rozpoczyna się tuż przed jej wybuchem, a kończy kilka lat po niej, gdy na scenę polityczną wkracza już Hitler z rzeszą swych wyznawców. To cudowna lekcja historii: znane nazwiska, carski dwór w Rosji, rewolucje, fronty I wojny światowej, nawet Ameryka: a wszystko z perspektywy niemieckiej rodziny, żyjącej spokojnie i w miarę dostatnio w cudownej wiejskiej posiadłości. Wojna zmienia jednak wszystko i wszystkich dotyka: nie oszczędzi również Felicji, głównej bohaterki, trawionej niespełnioną miłością do pół-Rosjanina, pół-Niemca Maksyma Marakowa. Śledzimy jej losy (i losy wszystkich członków rodziny Felicji) z zapartym tchem: powieść jest żywa i absolutnie nienużąca, sprawnie napisana, z wątkami romansowymi, z sufrażystkami walczącymi o prawa kobiet, pełna niechcianych ciąż, samobójstw, siostrzanej zazdrości i nienawiści, wypełniona po brzegi namiętnością i krwią poległych na frontach I wojny światowej. Och, to się czyta, zapewniam Was! Dla takich książek z przyjemnością zarywa się noce. Jedyną wadą jest jedyne (niestety), niestaranne i trudne do zdobycia wydanie tej książki. Ta powieść, podobnież jak "Dom sióstr", wymaga natychmiastowego wznowienia. Ja swój egzemplarz nabyłam rok temu na Allegro, za symboliczną złotówkę - odkąd przeczytałam "Czas burz", regularnie śledzę aukcje, ale tej powieści to naprawdę: ze świecą szukać. Bardzo szkoda. Ale postarajcie się zdobyć: dla tych, których oczarował "Dom sióstr", to pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych: ciekawa i godna uwagi pozycja, przyjemność w czystej książkowej postaci. Polecam.
poniedziałek, 06 września 2010
Klub Matek Swatek, Ewa Stec
![]() Ach, świetna książka! Lekka, łatwa i przyjemna, bez pretensji do bycia czymś więcej niż tylko czytadłem. Wymarzona lektura na urlop! Wątek romansowy, wątek kryminalny, sprawne i dowcipne pióro Ewy Stec i fantastyczna okładka: czego chcieć więcej? Mój egzemplarz "Klubu Matek Swatek" już powędrował do Anglii, do Przyjaciółki, z którą w latach studenckich zaczytywałam się Grocholą (tak, tak, był taki okres w moim życiu - nie dość, że się nie wstydzę, to jeszcze wspominam jak najcieplej, jak najmilej). I jestem pewna, że zauroczy ją ta pogodna historia, i że polubi bohaterów: licznych i wyrazistych (jak Wróżka Klara Widząca i jej fantastyczny kocur). Tytułowy Klub Matek Swatek to stowarzyszenie kobiet w wieku menopauzalnym, kobiet, które odchowawszy własne dzieci: marzą już o wnukach. A że dzieci nie spieszą się z zakładaniem własnej rodziny - Matki Swatki próbują im ułatwić sprawę, dobierając idealnych kandydatów na przyszłych zięciów i synowe i w oryginalny sposób usiłując ich wyswatać, zwykle z pozytywnym skutkiem, oczywiście. Tymczasem do Klubu Matek Swatek zgłasza się Beata, której 30-letnia córka Ania, nauczycielka, wciąż jest samotna. Beata nie wie jednak, że Ania właśnie kogoś poznała... i to nie jednego, ale dwóch mężczyzn, którzy gwałtownie rywalizują o jej względy. Jeden z nich ukrywa jednak mroczną tajemnicę, ale który? I jaką? Och, o tym przeczytacie sami, oczywiście. Akcja w książce świetnie poprowadzona, z trudem odrywałam się od lektury (głównie za sprawą wątku kryminalnego), pióro Ewy Stec jest lekkie i dowcipne (śmiałam się i chichotałam bezustannie), i chociaż nie gustuję już w tego typu literaturze: dałam się porwać i pochłonąć na trzy sierpniowe noce. Książka dla każdego, idealna na urlop i na niezobowiązujący prezent. Ja z pewnością sięgnę jeszcze po książki tej autorki. Przy "Matkach Swatkach" bawiłam się przednio. Polecam. Przyjemna rzecz.
czwartek, 02 września 2010
Errata do stosika i inne przyjemności
Wkrótce po opublikowaniu zdjęcia ostatnich książkowych nabytków - zaczęły do mnie napływać kolejne: a to wygrana "Brzytwa Ockhama" Dariusza Matuszaka od maioofki (jeszcze raz ślicznie dziękuję!), a to Wydawnictwo Otwarte podesłało książkę Ewy Stec (również dziękuję, recenzja już zaraz), a to kuszące ceny w Matrasie ("Makabryczna gra" i 'Taniec czarownic"), a to wreszcie moje zamówienie z Allegro ('Mroki dnia" i "Tajemnica Abigel" - kolejny biały kruk, upolowany za - bagatela - 7 zł!). I nazbierało się: ![]() ![]() Poza tym... byłam na kolejnym cudownie beztroskim urlopie, tym razem na wsi: sprzyjające okoliczności przyrody, całkowite i dobrowolne beznecie oraz przyjemna pogoda pozwoliły mi w ostatnich dniach sierpnia porządnie wypocząć i przeczytać dwie książki (autorstwa Stec i Axellson). Poza tym nowa, doskonalsza karta graficzna w komputerze umożliwiła mi grę w The Sims 3, więc tnę po nocach, aż miło ;) Tymczasem nastał wrzesień i jesień, synka powrót do przedszkola, a mój do pracy, oraz kolejny męczący remont. Przykurzona zatem, lecz absurdalnie szczęśliwa: wracam na łono blogowe po kolejnym urlopie. Wkrótce recenzje, bo zaległości takie, że wstyd.
środa, 11 sierpnia 2010
Z cyklu: napatrzeć się nie mogę. Stosik.
Nowe na półce. Aż się oczy śmieją. ![]() 1. Królowa słodyczy, Sarah Addison Allen - wystarczyło kilka pochlebnych zdań Marpil i jeden wybrany przez nią cytat, bym poczuła nieopanowaną chęć przeczytania tej książki. Mam ostatnio ochotę na coś słodkiego i przyjemnego. Naturalnie zerknęłam już na pierwszą stronę i nabrałam pewności, że spodoba się bardzo. Powieść zaczyna się rozkosznie. 2. Ostatni ślad, Charlotte Link - nie mogłam inaczej, zachwycona "Domem sióstr", "Echem winy" i czytanym obecnie "Czasem burz". 3. Przerwane milczenie, Charlotte Link - jak wyżej, oczywiście. 4. Ogród wiecznej wiosny, Cristina Lopez Barrio - zewsząd tak ciepłe i entuzjastyczne recenzje, że zakup był tylko kwestią czasu. 5. Lód i woda, woda i lód, Majgull Axellson - nazwisko tej autorki jest już marką. Kiedyś zachwycił mnie "Dom Augusty". Czuję, że i ta opasła, przepięknie wydana powieść nie zawiedzie mnie. 6. Kobieta na krańcu świata, Martyna Wojciechowska - oglądałam w tv i bardzo chętnie przeczytam. To może być bardzo inspirująca i ważna książka. 7. Dom duchów, Isabel Allende - chciałam od bardzo bardzo dawna. Nie czytałam dotąd żadnej książki tej autorki, czas to zmienić. A po lekturze fantastycznej recenzji ultramaryny wiem, że to powieść dla mnie. I jeszcze... ![]() Wygrana u Skarletki, wygrana u Kaś (dzięki dziewczyny!), nowy Bluszcz. Napatrzeć, nacieszyć się nie mogę.
wtorek, 10 sierpnia 2010
Echo winy, Charlotte Link
![]() "Dom sióstr" zachwycił mnie tak bardzo (o tym szerzej i entuzjastyczniej tutaj), że bezzwłocznie i z wielką ochotą sięgnęłam po od dłuższego czasu zalegające na półce "Echo winy" tej samej autorki. I stało się. Zakochanam. Charlotte Link, moja nowa literacka miłość. Na wstępie zaznaczam jednak, że "Echo winy" jest książką zupełnie inną od "Domu sióstr": to nie jest opasła saga rodzinna z wielką historią w tle, to raczej powieść psychologiczna z wątkiem kryminalnym. Pamiętam swoje początkowe tym rozczarowanie, które szybko ustąpiło miejsca zachwytowi. Czytałam "Echo winy" w Niemczech, w cudownie przytulnej kuchni na poddaszu, zwykle nocami, podjadając batoniki i popijając kawę, popalając papierosy. Słowem: rozkosznie niezdrowe warunki, które ewidentnie sprzyjały lekturze - zmuszałam się o 2 w nocy, by pójść wreszcie do łóżka. A uwierzcie mi: nie było łatwo. "Echo winy" to szalenie wciągająca książka, w sam raz do czytania na urlopie. Zwłaszcza, że akcja powieści osadzona została w tak malowniczych miejscach jak skalista wyspa Skye. Mmm, aż chce się pojechać do Anglii, najlepiej natychmiast! Tymczasem, co by za dużo nie zdradzić, nota wydawcy: W pobliżu skalistej wyspy Skye tonie jacht niemieckiego małżeństwa, Livii i Nathana Moore. Rozbitkowie uchodzą z życiem, ale tracą cały dobytek. Ocalałym z katastrofy oferują gościnę angielski bankier Frederic Quentin i jego żona Virginia, zabierając gości do małego miasteczka w Norfolk, na skraju którego mają posiadłość. Wraz z pojawieniem się tajemniczej pary cudzoziemców z miasteczka zaczynają nagle znikać małe dziewczynki, które policja odnajduje po czasie martwe i zgwałcone. Na mieszkańców pada strach. Ale do Virginii, matki kilkuletniej dziewczynki, wydaje się nie docierać groza sytuacji i niebezpieczeństwo czyhające na jej córeczkę. Całą jej uwagę pochłania Nathan, którym jest coraz to bardziej zafascynowana... Wątek kryminalny: taki sobie (i czytelników żądnych mocnych wrażeń ma prawo rozczarować), choć muszę przyznać, że rozwiązanie zagadki zwaliło mnie z nóg... No, tego to się nie spodziewałam... Ważniejsza w "Echu winy", ba: najważniejsza, jest warstwa obyczajowo - psychologiczna. Czytałam kilka recenzji książki Charlotte Link, w których zwracano szczególną uwagę na postać Virginii Quentin, przykładnej matki i żony, którą dościgną wreszcie demony przeszłości i poczucie winy. To rzeczywiście ciekawy wątek, ale. Ale jest też ważniejszy, który sprawił, że książkę dosłownie chłonęłam. Motyw stary jak świat, o którym jednak nie chce myśleć żaden rodzic: utrata dziecka. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tak wiarygodnymi opisami oszalałych z rozpaczy rodziców, których dzieci zginęły: nadzieja, niepewność, strach, zwątpienie, a potem już czarna bezbrzeżna rozpacz, którą każdy przeżywa na swój własny sposób. Mistrzostwo świata. Charlotte Link opisuje losy kilku (bardzo różnych) rodzin, który przeżyły podobną tragedię: kilkuletnie dziewczynki, ich ukochane córeczki, zostały porwane, zgwałcone i zamordowane. Autorka pozwala nam spojrzeć na te wydarzenia z kilku perspektyw, co tylko potęguje realizm doznań literackich postaci. Płakałam z nimi. Większość bohaterów "Echa winy" (jak na przykład Liz Alby, młodą samotną matkę, która swoje dziecko traktuje jak kulę u nogi, a która siłę macierzyńskich uczuć pozna i zrozumie w obliczu nagłego zaginięcia córeczki) uznałam za niezwykle, boleśnie wręcz wiarygodnych, ich losy za emocjonujące, a odczucia i myśli za nierzadko zbieżne z moimi. Nie wiem, czy to dlatego, że sama jestem matką. Nie wiem, czy to dlatego, że zwyczajnie lubię pisarski styl Charlotte Link: sposób prowadzenia narracji, mistrzowskie budowanie napięcia, sugestywność opisów. Nie wiem, czy to dlatego, że czytałam na wakacjach, w cudownych warunkach, z poczuciem kompletnej beztroski. Wiem jednak, że to dla mnie ważna książka. Bardzo się podobała. Bardzo. Polecam.
czwartek, 29 lipca 2010
Dom sióstr, Charlotte Link
![]() Co za książka... Słuchajcie: REWELACJA. Wciąga jak bagno i w zasadzie czyta się sama. No mówię Wam, nie sposób się odeń oderwać, to jedna z książek z gatunku: "jest druga w nocy, a Ty czytasz i przestać nie możesz". Napisana przepięknym językiem, z wartką akcją, pełnokrwistymi bohaterami, pełna zagadek i z zaskakującym zakończeniem. Boska. Już dodałam do najulubieńszych swoich lektur i na pewno doń kiedyś powrócę . "Dom sióstr" porwał mnie tak, jak w zeszłym roku "Szkarłatny płatek i biały" Fabera: znów czułam się uczestniczką opisywanych wydarzeń i chciałam czytać bez końca. Charlotte Link tak cudownie wykreowała świat przedstawiony, że tuż po lekturze gotowa byłam na stałe (lub choćby na chwilę) przenieść się do Yorkshire, krainy wyżynnych torfowisk w północnej Anglii... Cudowna, pochłaniająca i szalenie emocjonująca lektura. Zaczyna się mniej więcej tak: "Świat za oknem tonął w śniegu. Jak daleko wzrok sięgał, śnieg, nic, tylko śnieg. Nie było różnicy między łąkami, drogami, podjazdem przed domem, ogrodem. Wszystko zniknęło, przykryte grubą warstwą śniegu. (...) Wichura powaliła dwa drzewa, ich olbrzymie korzenie sterczały w górę, będąc świadectwem siły żywiołu, który nawiedził okolicę w nocy. Wiatr ustał, ale śnieg padał bez przerwy. Nad samotnym domem zaległa głęboka, tajemnicza cisza" *. W tym odciętym od świata domostwie w północnej Anglii rozgrywa się małżeński dramat: Barbara i Ralph przyjechali z Niemiec aż tutaj, by spędzić razem Boże Narodzenie - to dla nich ostatnia próba ratowania rozpadającego się od dawna małżeństwa, tymczasem nic nie układa się tak, jak planowali. Śnieg zasypuje wynajętą na dwa tygodnie posiadłość i odcina drogę do miasteczka i kontakt ze światem zewnętrznym: pozbawieni prądu i żywności, skazani wyłącznie na siebie i wyładowujący frustracje na sobie nawzajem, czują się jak więźniowie. By wypełnić sobie czas, Barbara oddaje się lekturze znalezionych przypadkiem zapisków byłej właścicielki domu w Yorkshire, zwanym "domem sióstr"... Wraz z nią przenosimy się w czasie... Akcja powieści toczy się więc równolegle dwóch płaszczyznach czasowych: a to w 1996 roku, kiedy Barbara i Ralph zmagają się z małżeńskimi problemami i szalejącym za oknem żywiołem, brakiem prądu i kurczącymi się zapasami żywności, a to u schyłku epoki edwardiańskiej w Anglii, przez cały niemal wiek XX (gdy wraz z Barbarą czytamy dziennik Frances Grey, byłej właścicielki posiadłości). Obie historie (ta, dziejąca się "teraz", i ta, która wydarzyła się przed laty) są, zaręczam, równie pasjonujące. Nierzadko złościłam się, gdy współczesna Barbara wracała do lektury starego pamiętnika Frances Grey, potem zaś odwrotnie: nie chciałam znowu przenosić się do zasypanego śniegiem domu, wynajętego 'teraz' przez Barbarę i Ralpha. Czegóż nie ma w tej powieści... Mam wrażenie, że jest wszystko. I tło historyczne (począwszy od schyłku epoki edwardiańskiej, przez obie wojny światowe aż do lat 80-tych XX wieku), odmalowane tak, że najlepszy nauczyciel historii nie opowiedziałby tego ciekawiej (swoją drogą, to interesujące: popatrzeć na działania wojenne w wieku XX z perspektywy Anglików), i mnóstwo zagadnień związanych z feminizmem, i lazaret we Francji, i mnóstwo krwi, i romansów, i zdrad, miłości platonicznej i fizycznej, zazdrości, nienawiści wreszcie. To cudowna saga rodzinna, w której nie sposób nie przywiązać się do bohaterów (bardzo wiarygodnie sportretowanych), a którzy nierzadko muszą odejść, zniknąć, a ja czułam się wtedy tak, jakbym traciła kogoś niezwykle bliskiego. Tę powieść natychmiast należałoby wznowić, gdyż na rynku książki należy aktualnie do białych kruków, na Allegro osiąga niebotyczne ceny, a jest tak bardzo warta przeczytania! Wciąż nieprzekonanym (są tacy?) polecam krótką, acz wymowną opinię atram_78, z którą zgadzam się w każdym słowie. A ja natychmiast po lekturze "Domu sióstr" zabrałam się za inną powieść Charlotte Link pt. "Echo winy", w nadziei na podobne wrażenia. Co z tego wynikło? O tym innym razem... Tymczasem Was namawiam na polowanie na "Dom sióstr". Warto, ach, warto! * Charlotte Link, Dom sióstr, przeł. Ryszard Wojnakowski, wyd. Świat Książki, Warszawa 2005, s. 38 |