|
niedziela, 15 listopada 2009
Biegnij, Ann Patchett
![]() Niekoniecznie. Niekoniecznie, bo to bardzo przeciętna książka. W pewną zimową i niezwykle śnieżną noc na zdradliwej, oblodzonej drodze dochodzi do wypadku, którego ofiarami stają się Tip - adoptowany syn byłego burmistrza Bostonu oraz Tennessee, matka jedenastoletniej Kenii. Losy obu rodzin krzyżują się, a ich niefortunne spotkanie okazuje się zupełnie nieprzypadkowe. Dramatyczne zajście na drodze implikuje też stopniowe odkrywanie tajemnic rodzinnych i próbę rozrachunku z przeszłością u każdego z bohaterów. Brzmi ciekawie? I mogło być ciekawie, ale Autorka, tak przeze mnie chwalona za "Asystentkę magika", tym razem zdecydowanie przedobrzyła z mnogością poruszanych problemów (kwestie właściwego wychowania dzieci, zagadnienia polityczne, realizacja marzeń, adopcja, rasizm i mnóstwo innych jeszcze), które w tej niedługiej przecież opowieści potraktowane zostały dość powierzchownie - właśnie przez nadmiar. Szkoda, bardzo szkoda, bo to historia z potencjałem. Głównym plusem jest przede wszystkim styl opowiadania - to wciąż ta sama Ann Patchett, z dobrymi pomysłami, z lekkim, ciepłym piórem. Czytelnik mimowolnie zapada się w te łagodne miękkie zdania, a lektura "Biegnij" sprawia mu przyjemność. Tym, co najbardziej pamiętam z lektury była pasja głównych bohaterów, ich poświęcenie dla hobby - Tip marzył o ichtiologii, Kenia uwielbiała biegać i właśnie ze sportem wiązała swoją przyszłość. Bardzo cenię u ludzi pasję i determinację, więc te wątki w powieści wydały mi się najgodniejsze uwagi. Ale to wszystko. Przynajmniej u mnie tak było. Naturalnie, dostrzegam też inne problemy poruszone przez Autorkę i rozumiem, że książka ta winna skłaniać do głębszych przemyśleń, ale jak dla mnie: za dużo tu dydaktycznego smrodku i ewidentnego, uporczywego wskazywania palcem na kolejne ważkie kwestie poruszone w powieści. No i postaci... Papierowe, mało wiarygodne. I dość pokraczny happy end. I trochę metafizyki (znanej mi już z "Asystentki magika"). Jednym zdaniem: za dużo wszystkiego, więc sens gdzieś się rozmywa. Czy warto sięgnąć? Jak już wspomniałam: cóż, niekoniecznie. Przede mną jeszcze "Belcanto" - ostatnia z wydanych w Polsce książek Ann Patchett i najbardziej z tych trzech chwalona. Oby rzeczywiście okazała się warta uwagi. Bo "Biegnij" to rzecz przeciętna i chyba trochę szkoda czasu na zaprzątanie sobie głowy.
piątek, 13 listopada 2009
Jabłko, Michel Faber
Och, krótko będzie. Krótko, bo i forma krótka (niewielki zbiór opowiadań), a i czytane dawno temu, jeszcze w sierpniowym słońcu (ach, kiedyż to było? w ponurą noc listopadową sierpniowe słońce to pojęcie odległe i prawie absurdalne). Zatem: krótko i niekoniecznie na temat, bo Faberowskie "Jabłko" połknęłam w pewien sierpniowy wieczór i następnego dnia już niewiele z tej błyskawicznej lektury pamiętałam. Ja po prostu nie lubię opowiadań, a te pomieszczone w "Jabłku" są, było nie było, zupełnie przeciętne. Książeczkę tę potraktowałam więc jako literacki kompres, który skutecznie złagodził mój ból po rozstaniu z bohaterami "Szkarłatnego płatka". Bo w "Jabłku" oni wracają. Niekiedy cofamy się w czasie i poznajemy ich wcześniejsze dzieje (te sprzed wydarzeń opisanych w "Szkarłatnym płatku i białym'), lub podglądamy, co porabiają teraz. Niestety, nie dowiedziałam się niczego nowego o tych bohaterach, których losami przejęłam się najbardziej. Może dlatego poczułam się tak rozczarowana? W każdym razie, zbiorek jest niewielki, każde opowiadanie stanowi zamkniętą całość i może je przeczytać każdy, również ten, kto nie czytał "Szkarłatnego płatka". Ale naprawdę: niekoniecznie. Tym, co najbardziej pamiętam z lektury "Jabłka" jest...przedmowa samego Autora, który wyjaśnia czytelnikom dlaczego zakończył "Płatka" właśnie w taki sposób, cytuje także morze listów od swoich czytelników (ich fragmentami posiłkowałam się recenzując swego czasu "Szkarłatnego płatka") oraz tłumaczy genezę powstawania kolejnych opowiadań. To fajna, barwna i ciepła przedmowa, która czyni z "Jabłka" deser nie do pogardzenia, zwłaszcza dla tych, którzy umiłowali bohaterów 800-stronicowego "Płatka". Osobiście zajadałam się "Jabłkiem" ze smakiem, lecz ostatecznie uważam ów zbiór opowiadań za przeciętny, zbyt przeciętny. A tak a 'propos "Szkarłatnego płatka" - wkrótce po lekturze zakupiłam swój własny egzemplarz, bo pomyślałam, że chętnie doń wrócę. I teraz leży na półce, a ja codziennie nań patrzę. I codziennie, gdy tak patrzę, to czuję jakąś ulgę, jakieś kojące działanie wywiera na mnie ów czerwony grzbiet tej niesamowitej powieści. Jest jedną z ważniejszych książek, jakie mam. Każdego dnia powstrzymuję się przed sięgnięciem i przejrzeniem chociażby - powstrzymuję, bo mam podstawy, by twierdzić, że znów zagubię się w XIX-wiecznym Londynie, a przecież mam tyle nowego do przeczytania... ech. Podsumowując: 'Jabłko" można przeczytać, ale nie trzeba. A 'Płatka" warto. O.
środa, 28 października 2009
Sesja książkowa (stosiki!!!)
(to najpierw o nieszczęśliwej księżniczce - przyjemności później) Dżizys! Jestem taka...zmęczona. Autentycznie zmęczona. Ostatnie tygodnie: jak z koszmarnego snu. Bo najpierw intensywne i długotrwałe zapalenie oskrzeli z wszelkimi możliwymi poantybiotykowymi powikłaniami, potem spięcia i napięcia w pracy, wreszcie: kłopoty rodzinne. Chcę już do ciepła, do słońca, do wiosny. I jeszcze te zakupy natury odzieżowej (nie znoszę!), w ramach przygotowań do srogiej (wg prognoz) zimy. A księgarnie - szerokim łukiem muszę. Przynajmniej do kolejnej wypłaty. (przyjemności) Mimo tych nieszczęsnych przeciwności losu w październiku nabyłam "Uwikłanie" Miłoszewskiego (9zł) i "Kwas siarkowy" Nothomb (5zł), bo nie mogłam się oprzeć tak cudownym okazjom.A że trafił mi się także uprzejmy rodzony brat - pożyczyłam odeń komórkowy aparat i obfotografowałam wszystko, co w zasięgu wzroku, i o czym dotąd pisywałam w ramach serii "Co mam" (moje półki są dwurzędowe - czyli książki z przodu, i te, które za nimi, niestety, schowane). Oto, co mam, w zdjęciowo-stosikowym skrócie (kliknij, a powiększysz):
środa, 14 października 2009
Zniknięcia Esme Lennox, Maggie O Farrell
To mój ogromny wyrzut sumienia: ta książka. Potraktowałam ją zupełnie po macoszemu. A przecież to wcale niezła powieść jest. Nie zasłużyła sobie Maggie O'Farrell najpierw na moją nieuważną lekturę, a potem na totalny brak jakiejkolwiek oń wzmianki. Wzmiankuję więc dzisiaj, bo trzeba wreszcie nadrobić recenzyjne zaległości. Zaraz koniec roku. I może jeszcze zdążę kogoś skusić, by po "Zniknięcia Esme Lennox" jednak sięgnął. Bo warto. Zacznijmy od początku. Bo na początku przeczytałam fantastyczną i wiele obiecującą recenzję Padmy , odnotowałam w pamięci nazwisko autorki, a po trzech dniach, ku swej niezmiernej radości, "Zniknięcia Esme Lennox" odnalazłam na bibliotecznej półce z nowościami. Nie musiałam się rozglądać - to była pierwsza książka, jaka wpadła mi wtedy w oko, i zaraz potem: w wygłodniałe czytelnicze ręce. A był to czas bardzo chaotyczny, bo przedurlopowy. Pomyślałam, że skoro książka niedługa (ledwie ponad 200 stron - niedługa, niekrótka lecz w sam raz!), zdążę przeczytać przed wyjazdem. Zaczęłam. I (płonę właśnie ze wstydu) pierwszych 100 stron zupełnie nie doceniłam. Męczyłam się, mając wciąż w głowie niedawno przeczytany "Dom Augusty" i "Przypomnij sobie" (bo "Zniknięcia Esme Lennox" to jest książka, która strasznie mi się kojarzy z tymi dwiema wspomnianymi - zarówno tematyką, jak i stylem wypowiedzi; urywane zdania, krótkie, oszczędne, dość chłodna proza), zarzucając Maggie O'Farrell wtórność. Nieudolną wtórność. Przeczytałam pierwszych 100 stron i wyjechałam na urlop, zabierając ze sobą Fabera. Po tygodniu, po powrocie, miałam oto dwie napoczęte książki (a nie zdarza mi się to czesto), z których ta pierwsza ("Zniknięcia...") domagała się natychmiastowego przeczytania, z racji wyrzutów sumienia, jakie ogarniały mnie, gdy tylko nań spojrzałam. I wtedy dopiero, wtedy: doceniłam. Pamiętam, że czytałam na działce, w sierpniowym słońcu, że bzyczały osy; pamiętam smak grillowanej wówczas kiełbaski, i że Bubuś podlewał z dziadkiem ogród, i jak wówczas piszczał głośno z uciechy. I że do samego końca nie byłam pewna, jak potoczą się losy Esme, jej siostry i wnuczki owej siostry, Iris. Musiałam wracać do domu akurat wtedy, gdy zostały mi 2 albo 3 strony do końca lektury. I zastanawiałam się całą drogą: co się jeszcze wydarzy. I pamiętam uczucie rozeźlenia, gdy w końcu doczytałam. Nie takiego finału się spodziewałam. Nie przewidziałam zakończenia, nie sprawdziła się żadna z moich teorii, zawiodły wszelkie przeczucia. To chyba najważniejsza cecha tej powieści: jest zaskakująca. "Zniknięcia Esme Lennox" to książka-pułapka. Zaskakiwany jesteś co stronę. W czym rzecz? Iris, kobieta dorosła, ale wciąż niedojrzała, nieustatkowana, spotykająca się z żonatym facetem i doglądająca schorowanej babki w domu opieki dowiaduje się nagle, że ma oto drugą babcię - cioteczną (siostrę jej własnej babci). Cioteczna babka znajduje się w zakładzie psychiatrycznym, który wkrótce zostanie zlikwidowany. Dochodzi do spotkania Iris z Esme - cioteczną babką. Wychodzą na jaw mroczne sekrety i brzydkie rodzinne tajemnice. "Zniknięcia Esme Lennox" to książka, w której narracja prowadzona jest naprzemiennie z perspektywy trzech kobiet: Esme, jej siostry Kitty, i najmłodszej z kobiet w rodzinie: Iris. Zabieg, który uwielbiam, a w tym przypadku jest nad wyraz cudowny: każda z postaci jest ogromną indywidualnością, i każda postrzega świat nieco inaczej. Widzimy więc świat oczami młodej, chwiejnej Iris, oczami chorującej na Alzheimera Kitty oraz (najciekawsze!) oczyma Esme, która w zakładzie zamkniętym spędziła aż 60 lat!!! Niesamowicie zgrabnie przedstawiła nam Maggie O'Farrell punkt widzenia każdej z tych kobiet. Każdej przypisała też indywidualny język i ton wypowiedzi. Choćby dla tego niespotykanego zbyt często zabiegu - warto sięgnąć po powieść Maggie O'Farrell. Co jeszcze? Zakład psychiatryczny. Dlaczego zamknięto w nim nastolatkę, a wypuszczono starowinkę? Co było przyczyną, że nastoletnią Esme umieszczono w zakładzie? O, straszny był los indywidualistek w latach trzydziestych XX wieku. Warto poczytać. Nie doceniłam uroku tej książki od razu, przyznaję. I żałuję. I w myślach wciąż powracam do słów Eliny Hirvonen: "Zamykam książkę i gładzę szorstką okładkę. Mam ochotę poprosić bohaterów powieści o wybaczenie" [1]. Niech moim zadośćuczynieniem stanie się ta oto recenzja - polecanka. Bo polecam "Zniknięcia Esme Lennox" z czystym sumieniem, jako powieść niezwykle interesującą - zarówno od strony technicznej (język, klimat, konstrukcja, sposób stopniowania napięcia, nieustanne zaskakiwanie czytelnika), jak też ze względu na ciężki, ale wart przemyślenia temat. [1] Elina Hirvonen, Przypomnij sobie, tłum. Iwona Kosmowska, wyd. W.A.B., 2008, s. 15.
poniedziałek, 12 października 2009
Zatrute ciasteczko, Alan Bradley
![]() "To nie była bajka braci Grimm, ale historia kryminalna Flawii de Luce!" [1] Taaak. Flawia de Luce. Genialna jedenastolatka, cudowne dziecko, półsierotka zamieszkała z owdowiałym ojcem i dwiema starszymi siostrami w starej posiadłości Buckshaw w sennej angielskiej wiosce Bishop's Lacey. Flawia de Luce - bystra i dowcipna, nad wyraz inteligentna specjalistka od wszelakiej maści trucizn, z tablicą Mendelejewa w małym paluszku, spędzająca dni w ogromnym laboratorium chemicznym odziedziczonym po ekscentrycznym wujku. Słodkie dziecko. Mogłabym ją adoptować. "Jesteś całkiem sama z Flawią de Luce" [2] - tak mówi do siebie sama Flawia, i takie uczucie towarzyszyło mnie samej przez całą lekturę. Bo to nie kto inny, a Flawia właśnie prowadzi urzekającą narrację w "Zatrutym ciasteczku" i to z jej perspektywy oglądamy przebieg wydarzeń i prowadzimy śledztwo ręka w rękę - z Flawią właśnie. A śledztwo dotyczy znalezionego przez naszą czarującą bohaterkę trupa - trupa, którego Flawia odnajduje o poranku na grządce z ogórkami, tuż pod swoim oknem. Kim był denat? Co robił na terenie posiadłości de Luce'ów? Wreszcie: kto zabił? Czy to są pytania, na które znajdzie odpowiedź jedenastoletnia dziewczynka? Nie? Ha! Zdziwicie się. Ku utrapieniu miejscowych władz, Flawia de Luce rozpoczyna śledztwo na własną rękę - to zajęcie o wiele ciekawsze niż zastawianie pułapek na nieznośne siostry. I z pewnością bardziej odpowiednie dla dziecka genialnego. Cała fabuła to jeden wielki wyścig - kto rozwiąże sprawę zagadkowego morderstwa pierwszy: policja, czy depcząca im po piętach jedenastolatka? Nie spodziewajcie się jednak szaleńczych zwrotów akcji i zawiłej intrygi kryminalnej. "Zatrute ciasteczko" to powieść senna i niespieszna, napisana pięknym, stylowym językiem, w której nacisk położono, wzorem kryminałów Aghaty Christie, na siłę dedukcji i logicznego myślenia. Nie ma tu absurdalnych rozwiązań, sprawa morderstwa wymaga czasu, cierpliwości i wnikliwego zbadania. Razem z Flawią (która, co stwierdzam ze wstydem, o wiele szybciej kojarzy fakty niż ja) prowadzimy żmudne dochodzenie. Zdziwiło mnie, że aż tak żmudne, i pierwsza połowa książki trochę mnie znużyła, czytanie -nie ukrywajmy- szło mi początkowo bardzo opornie, za to później akcja przyspiesza i już nie mogłam się oderwać, dopóki nie doczytałam. Sama intryga kryminalna (jak już wspomniałam - żaden szał), choć bez wątpienia stanowi trzon fabuły, zdaje się być jeno pretekstem do malowniczego sportretowania sennej angielskiej prowincji z lat 50-tych XX wieku. Kalejdoskop barwnych charakterów (każda z postaci ma własne unikatowe rysy), ździebko z historii Poczty Angielskiej, ciekawe zagadnienia natury chemicznej, plastyczność opisów i trochę psychologii. To wszystko kryje w sobie "Zatrute ciasteczko" - książka dla każdego, kto ceni sobie niespieszną narrację, piękny język i klimat sennej prowincji. Mnie osobiście przyćmił wszystko inne wątek samej Flawii. Jej samotność. Owdowiały ojciec, pasjonat i kolekcjoner znaczków pocztowych, izoluje się od swoich trzech córek i odcina od powinności rodzicielskich kryjąc się w zaciszu własnego gabinetu. Siostry Flawii, Dafne i Ofelia, które nasza bohaterka scharakteryzowała tak: "Nie rozśmieszajcie mnie! Jedna jest tak pochłonięta książkami, a druga lustrem, że żadna z nich nie zabiłaby karalucha we własnej zupie. (...) Sprawa obu idiotek zamknięta" [3]. Umknął mi gdzieś fragment, w którym Flawia stwierdza, że najprawdopodobniej cały ród de Luce'ów nie jest zdolny do okazywania uczuć. A to jest przecież 11-letnia mała dziewczynka, która nie pamięta dawno zmarłej matki, która tęskni do ojcowskiej opieki i chciałaby przyjaźnić się z własnym rodzeństwem. W rodzinie jednak nie znajduje wsparcia ani ciepła, którego tak potrzebuje. Jest zdana sama na siebie i świetnie z tym sobie radzi - poświęca się własnemu hobby (chemia), zaprzyjaźnia z mieszkańcami Bishop's Lacey. Smutny to wątek, ale podejrzewam, że będzie się rozwijał przez kolejnych pięć zaplanowanych tomów serii. Następne ("Kukiełeczki" i "A Cygankę powiesili...") wg informacji wydawnictwa Vesper - już wkrótce. Cieszę się więc na kolejne spotkanie z Flawią de Luce. Kończąc, przejdę wreszcie do rzeczy. To niewątpliwie przyjemna książka i jesienne wieczory z pewnością umili. Ale... po tylu entuzjastycznych recenzjach spodziewałam się jakby...czegoś więcej? Jak już napisałam, początkowo książka nużyła mnie niemiłosiernie, niezdrowo kojarząc się z Caroline Graham , głównie za sprawą języka - eleganckiego i pięknego, owszem, ale stylizowanego na staroświecki (swoją drogą - brawa dla tłumacza). Senność angielskiej wioski udzieliła się i mnie. Lektura szła marnie. A potem zapadłam na zapalenie oskrzeli (wciąż jestem na chorobowym i na antybiotyku) i kończyłam "Zatrute ciasteczko" w łóżku. Okazało się świetną kuracją, zwłaszcza druga połowa książki, gdy akcja wreszcie przyspieszyła. W ogólnym rozrachunku: podobało się, ale też żaden szał. Następny tom przeczytam chętnie, choć głównie po to, by nadal móc śledzić rodzinne relacje Flawii. Jak nic się nie zmieni - wystąpię o tę adopcję! ;) [1] Alan Bradley, Zatrute ciasteczko, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Vesper, Poznań 2009, s. 328. [2] Tamże, s. 321. [3] Tamże, s. 256. Serdecznie polecam wywiad z Autorem "Zatrutego ciasteczka", który znajdziecie w Dzienniku Literackim. Warto przeczytać!!!
niedziela, 11 października 2009
Domofon, Zygmunt Miłoszewski
![]() "Lepiej uważaj. Anuszka już rozlała olej" [1]. UWAGA: pieję z zachwytu!* Absolutnie rewelacyjny! Dobry, bo polski? Nie! Dobry i polski! Nie sądziłam nigdy, że tego doczekam. W latach szczenięcych rozczytywałam się namiętnie w amerykańskich powieściach grozy i rzeczą niemożliwą wydawała mi się wówczas lektura horroru mocno osadzona w polskich realiach, z polskimi, pospolitymi nazwami i nazwiskami. Przecież musiałyby brzmieć groteskowo - myślałam. Bo co innego taki mroczny i daleki stan Maine z powieści Stephena Kinga... co innego taki Janek Kowalski, zamiast melodyjnie brzmiącego Ralpha Cartera. Tymczasem...tymczasem... myliłam się! Zygmunt Miłoszewski napisał rzecz bezwzględnie cudowną i niezaprzeczalnie, na wskroś polską. Czytało się toto rewelacyjnie!!! I wszystkim bardzo polecam! Warto, naprawdę warto się przekonać, że Polak potrafi. I że straszy nie tylko na amerykańskich pustkowiach i w tamtejszych nawiedzonych posiadłościach. Straszy też u nas. A zatem... Miejsce akcji: Warszawa, Bródno, zwykły 10-piętrowy blok (ja takowe nazywam wieżowcami). Czas akcji: rzecz zdecydowanie współczesna, rok 2002. Bohaterowie: mieszkańcy rzeczonego bloku. Bloku pozornie zwykłego, szarego, z dwiema mocno podniszczonymi windami, zadymioną klatką schodową i popisanymi przez wandali ścianami. Blok jak blok, lecz wkrótce się okaże, że nawiedzony. Że to blok-pułapka, i że życie dotąd niczego nieświadomych mieszkańców zamieni się w koszmar... W fabułę wnikać nie będę, żeby, prawda, nie wypaplać niechcący tego czy owego, w każdym razie: ja się bałam. Czytałam nocami, przy małej lampce i zwyczajnie się bałam. To jedna z takich książek, od których nie sposób się oderwać, których ciąg dalszy chcesz znać teraz, natychmiast, i kartki przewracasz łakomie, z pośpiechem, martwiąc się na zapas, że niedługo koniec. 381 stron radości i strachu. Poezja! I ileż ja sobie cytatów poznaczyłam pomarańczowymi karteluszkami! I jakaż to szkoda, że książka nie moja, lecz biblioteczna! Ci, którzy za horrorami nie przepadają, niechże czytają bez obaw. Ta książka to zdecydowanie coś więcej niż tylko próba nastraszenia spragnionych mocnych wrażeń czytelników. "Zabawne, (...), jak podniosły i szlachetny jest strach opisywany w powieściach. (...) Papierowi bohaterowie potrafią zaniemówić z przerażenia, przeszywa ich lodowaty chłód, małe włoski na karku stają dęba, a w ich żołądkach pojawia się kamień ciężki jak czarna dziura (ostatnie porównanie nie było nawet takie złe). We wszystkich tych opisach śmiertelnego przerażenia, kiedy staje się oko w oko z Odwiecznym Złem, brakuje podstawowego elementu. Tego, że człowiekowi potwornie chce się kupę" [2]. Cudownie czarny humor. I mnóstwo psychologii. Fenomenalny przekrój polskiego społeczeństwa i możliwość podglądania tego, co za sąsiedzkimi drzwiami. Galeria barwnych, wspaniałych i wiarygodnie nakreślonych postaci: nowożeńców, którzy uczą się żyć ze sobą pod jednym dachem i którzy odkrywają nagle, że "miłość - to nie pluszowy miś" [3], nastolatka, który nie potrafi porozumieć się z rodzicami, fałszywej dewotki, samotnej matki, pisarza - alkoholika, który podejmuje próbę odbicia się od dna, dociekliwych policjantów i wielu wielu innych. Warto ich wszystkich poznać. Warto ich spotkać na literackiej wersji ulicy (realnie, nota bene, istniejącej) Kondratowicza 41. Poza tym: fantastyczna konstrukcja powieści, każdy rozdział zapoczątkowuje cytat "z życia wzięty" (spisany przez Autora a to z cmentarnej bramy, a to wypatrzony na przystanku tramwajowym), a kolejne wątki przeplatają się - zaglądamy do coraz to innych mieszkańców (a nad każdą z postaci, choćby drugoplanową, Autor pochyla się czule), po czym wracamy do już poznanych. Zupełnie jak w bloku. Wchodzenie po schodach i zjeżdżanie windą. No dla mnie bomba! Coś na zachętę? "Młoda damo, proszę posłuchać rady starszej kobiety. Niech pani przestanie mówić cały czas "my" o sobie i o mężu. Z tego zawsze są kłopoty. Niech pani nie schodzi do piwnicy i niech pani na siebie uważa"[4]. Proszę posłuchać rady aerien, skromnej autorki tej recenzji: czytajcie Miłoszewskiego!!! Ja już się czaję na jego "Uwikłanie", wydane ostatnio w serii Polityki Lato z kryminałem, bo czytałam, że równie dobre, choć w nieco innym klimacie, a już niebawem ma się ukazać kontynuacja "Uwikłania". Przeszczęśliwam. I na zakończenie, bo skończyć niestety muszę, mój ulubiony fragment. Nie wiem, jak zabrzmi wyrwany z kontekstu, ale ja przy lekturze uśmiałam się jak bóbr. Gwoli leciuchnego wprowadzenia w temat (bez spojlerów, bez obaw - o tym dowiecie się też z noty na okładce): policja prowadzi przesłuchanie jednej z lokatorek, gdyż trwa śledztwo w sprawie mężczyzny, któremu winda obcięła głowę - od tego wydarzenia zaczyna się "Domofon" "- I jeszcze jedno: czy pani w ogóle nie używa windy? - Oczywiście, że używam, jak niosę ciężkie zakupy lub jestem zmęczona. - Czy coś panią tam spotkało, jakieś dziwne wydarzenie, albo może spotkała pani kogoś...kogoś, kogo nie powinno tu być? - Nie, przykro mi. Jedyne moje wrażenia związane z windami to te, że wciskam guzik i jadę" [5]. No, mnie się podobało! * zwrot zapożyczony od germini ;) [1] Zygmunt Miłoszewski, Domofon, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 9. [2] Tamże, s. 356. [3] fragment tekstu Miłość grupy Happysad [4] Zygmunt Miłoszewski, Domofon, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 57. [5] Tamże, s. 62.
piątek, 02 października 2009
Co mam, część czwarta
Mam dzisiaj urodziny. Mam gorączkujące dziecko. Mam brzuch pełen motyli (jak je wytruć??). Mam wolny weekend nareszcie. We wrześniu obłowiłam się na allegro. Co mam? 1) Szkarłatny płatek i biały, M. Faber (bo genialny, twardookładkowy i kiedyś raz jeszcze przeczytam) 2) Zerwać pąki, zabić dzieci, K.Oe (jakiś czas temu czytałam oń na biblionetce i zapragnęłam przeczytać) 3) Groteska, N. Kirino ("Ostateczne wyjście" czytało się rewelacyjnie, liczę na powtórkę z tej mrocznej rozrywki) 4) Pchli Pałac, E. Safak (obiecałam sobie kiedyś, że nabędę, a że trafiła się super okazja - nabyłam) 5) W imię miłości, J. Picoult (książka, która wkrótce ukaże się pod tytułem "W karuzeli życia" - to rzecz wydana w 2000 r. przez wydawnictwo Libros - w każdym razie nie ta z chłopcem na okładce) 6) Śmierć ma 143 cm wzrostu, S. Fitzek (Mary kiedyś pisała, że rewelacja, i zapadła mi w pamięć jej opinia, poza tym coraz częściej słyszę o tym autorze) 7) Terapia, S. Fitzek (jak wyżej) 8) Twarzyczka, S. Hannah (pod wpływem recenzji Padmy, no i ostatnio mam ochotę na coś z klimatem i niedopowiedzeniami) 9) Echo winy, Ch. Link (do kompletu jej powieści brakuje mi już tylko "Przerwanego milczenia", ostatnio Mary zachwycała się tą książką, więc już się cieszę, że mam) 10) Wyjście z Egiptu, A. Aciman (nie z allegro, ale od wydawnictwa. Dziękuję pięknie!) W październiku nie planuję książkowych zakupów - najwyższy czas się ubrać. No, chyba że trafi się okazja...
środa, 30 września 2009
Kolorowe czytanie - podsumowanie wyzwania
30 września - terminu dotrzymałam. Cieszę się. Bardzo, bardzo. Pamiętam, z jaką ochotą podjęłam się wyzwania (pierwszego czytelniczego wyzwania w jakim wzięłam udział), i jak później, w lipcu, podczas dłuuugiej lektury książki Fabera, rozważałam ewentualność wcześniejszego wycofania się - z obawy, że nie zdążę, że nie mam szans dotrzymać terminu, że nie zrealizuję planu. A plan był taki: 1) CZERWONY: Michael Faber "Szkarłatny płatek i biały" 2) ZIELONY: Susan Fletcher "Eve Green" 3) SREBRNY: Jojo Moyes "Srebrna zatoka" Przeczytałam wszystko. I właśnie w takiej kolejności, choć to akurat mało istotne. Dodatkową lekturą była książka Joyce Carol Oates, czyli 4) CZARNY: Joyce Carol Oates "Czarna dziewczyna, biała dziewczyna" Jestem zadowolona. Wiem, że żaden to wyczyn: ledwie cztery wyzwaniowe książki, ale i tak - puchnę z dumy. Udało się! Zaplanowane lektury okazały się powieściami wymarzonymi, ta ostatnia, bonusowa - mało trafionym wyborem. Ale udziału w wyzwaniu nie żałuję. Bardzo się cieszę, że mogłam zamieszczać swoje skromne recenzje w gronie bliskich mi moli książkowych. Fajnie jest móc porównywać swoje wrażenia z lektury. Dziękuję Padmie za organizację. Wyzwanie niniejszym uważam za zamknięte, choć już teraz wiem, że z miłą chęcią sięgnę po inne "kolorowe" tytuły, które wynotowałam sobie po Waszych recenzjach. Było super! :) Dzięki. Czarna dziewczyna, biała dziewczyna, Joyce Carol Oates
![]() Modliła się do Boga, modliła gorąco, żeby z niej zrobił białą, szczęśliwą dziewczynę* Przebrnęłam. Ku swej uciesze: przebrnęłam. Bo cóż to za nudna, męcząca i ciężkostrawna rzecz! Kawał obłędnie ponurej prozy plus to nieznośne wrażenie, że ja już to przecież czytałam, w wersji co najmniej wdzięczniejszej, lżejszej i przyjemniejszej (patrz tutaj). Pióro Oates zupełnie mnie nie przekonało - ten twardy, rzeczowy styl, surowy, konkretny język. I tematyka, o której już napomknęłam (przy okazji powyżej zalinkowanego zbioru opowiadań "Pijąc kawę gdzie indziej"), że bliższa Amerykanom, niż polskiej społeczności. Rasizm. O rasizmie przewrotnie. Genna Meade - tytułowa biała dziewczyna - spisuje swoje wspomnienia z wczesnych lat studenckich. Jako osiemnastolatka zamieszkała w akademiku z czarnoskórą Minette Swift, bogobojną córką pastora, która zginęła po kilku miesiącach od rozpoczęcia nauki w wyższej szkole. Genna, która po wielu latach nadal nie może pogodzić się ze śmiercią szkolnej koleżanki, próbuje porządkować wspomnienia i oczyścić własne sumienie. Przy okazji rozlicza się z ojcem, matką, ze swoim dotychczasowym sposobem na życie. Genna i Minette - nieskończenie antypatyczne bohaterki, które połączył nie tylko wspólny pokój w akademiku, ale i wzajemna fascynacja. Odmiennym kolorem skóry - zwłaszcza. Przyznaję, że Oates zgrabnie nam przedstawiła niesprawiedliwość stereotypów i wszelkie ich konsekwencje. Czarna dziewczyna perfidnie wykorzystuje fakt, że czarnoskóra mniejszość jest zwykle dyskryminowana. Sama zastawia na siebie pułapki (niszczy własne książki, gubi rękawiczki, wysyła sama sobie anonimy z pogróżkami), aby biali wykładowcy litowali się nad nią. Czerpie wszelkie możliwe korzyści (odroczone egzaminy, pojedynczy pokój) z faktu, że jest czarna, a czarnych nie należy dyskryminować. Z kolei biała dziewczyna tak bardzo przejmuje się losem czarnoskórej Minette, ponieważ została wychowana w rodzinie hołdującej poglądom, iż "żeby być człowiekiem, trzeba wyjść poza rasę". I nic, że czarna jest nieznośna, uciążliwa, opryskliwa, grymaśna - takiej osoby nie polubiłby nikt, nawet gdyby była biała, żółta, fioletowa. Dla białej Genny jednak antypatyczna Minette jest "nietykalna" - Genna znosi wszelkie upokorzenia, byle tylko jej czarna współlokatorka poczuła się komfortowo, byle by poczuła pełną akceptację, a sama Genna miała spokojne sumienie: oto potrafi być tolerancyjna. Tym, co trzeba oddać Joyce Carol Oates, jest właśnie owo nietypowe podejście do kwestii zakorzenionych od wieków stereotypów - odwrócenie kota ogonem. Tym, co nie spodobało się mnie, była cała reszta. Podczas lektury czułam się jak na wykładzie z historii Ameryki. Czułam, że jest to wykład zbyt nachalny. Zbyt wiele smęcenia, wałkowania wciąż jednego tematu. Duszna atmosfera, drętwy język powieści, niesympatyczni bohaterowie. Zdecydowanie jestem na nie. Męczyła mnie ta książka. I piszę o tym z przykrością, bo nie znoszę pisać źle o swoich lekturach. Nie chcę nikogo zniechęcać, bo przecież znajdą się i tacy, których "Czarna dziewczyna, biała dziewczyna" najzwyczajniej zachwyci. Dlatego serdecznie polecam zachęcającą i entuzjastyczną recenzję Ani. Ale ja: jestem na nie. I nieprędko sięgnę po kolejną książkę Oates. Zniechęciłam się. *fragment wiersza W.Szymborskiej "Ella w niebie" z tomiku "Tutaj"
wtorek, 08 września 2009
Srebrna Zatoka, Jojo Moyes
![]() Jaka fajna! Jejku jejć! "Srebrna Zatoka" podobała mi się bardzo, całą minioną niedzielę spędziłam z nosem w książce, nieomal czując zapach i bliskość morza, a wynurzyłam się zeń dopiero, gdy doczytałam epilog. I mówcie sobie, co tam chcecie. I krytykujcie. I zarzucajcie Jojo Moyes banał, przewidywalność i ckliwość. "Srebrna Zatoka" to opowieść prawdziwie porywająca. A że czytadło? Owszem, za to pełne uroku. Ja w każdym razie nie byłam w stanie oderwać się od lektury choćby na chwilę. Chociaż przyznaję - nie tak od razu mnie zachwyciła. Zacznijmy jednak od początku. Bo na początku pojawiły się niezwykle zgodne i zachęcające recenzje Padmy, Nety i Annie . A zaraz potem: ruszyło Kolorowe Wyzwanie. Książkę nabyłam, zadeklarowałam, że będzie jedną z trzech wybranych przeze mnie kolorowych lektur wyzwaniowych. Lecz kiedy stała na półce, czekając, aż poń sięgnę - ni stąd, ni zowąd, na blogach i bloxach książkowych rozpanoszyły się mało pochlebne recenzje "Srebrnej Zatoki", ostrzegające przed zupełną stratą czasu. Więc u mnie: konsternacja. Przedwczesny (jak się okazało) żal za niefortunnie wydanymi pieniążkami. W efekcie do lektury zasiadłam nastawiona dość, można powiedzieć, sceptycznie. Czytam, czytam. I- wyobraźcie sobie! - z każdą stroną słabnę. Po zachwycającej prozie (prawie poetyckiej!) Susan Fletcher, język Jojo Moyes wydał mi się zupełnie ubogi, wręcz kaleki. Męczący, toporny styl, rozczarowujące, banalne zdania, ba, nawet fabuła nijaka (walenie? nigdy mnie nie pasjonowały!). W duchu zgadzałam się już z falą krytycznych recenzji, zalewającej blogi. Jednak kiedy dotarłam (z bólem!) do 70 strony (dokładnie pamiętam!) - akcja zdecydowanie przyspieszyła. A ja nie spoczęłam, póki nie skończyłam!!! Ponad 400 stron! Migiem! Historia, jak to w czytadłach bywa, banalna. I zmierza, jak to w czytadłach, do nieuchronnego happy end-u. A jednak nic w tej powieści nie było dla mnie oczywiste. Jojo Moyes nieustannie mnie zaskakiwała, i co chwilę (a rzadko mi się to zdarza - nie pomnę, kiedy ostatnio) niecierpliwie zaglądałam na następną stronę, nie doczytawszy poprzedniej, by zaraz, już na spokojnie, wrócić i doczytać, pewniejsza o wiedzę z kolejnych stron. W miarę postępu akcji i mojego wzmożonego zainteresowania lekturą (co dalej? co będzie dalej??!!), nawet Autorka upłynniła swój toporny styl pisania, który nagle przestał mi przeszkadzać. A może to ja tylko, pochłonięta błyskawicznym rozwojem wypadków w "Srebrnej Zatoce", przymknęłam oko na językowe niedoskonałości Moyes. Rzecz cała ma miejsce w pięknym, cichym, dalekim zakątku Australii, gdzie po szerokich wodach kursują wielorybnicy, obwożący w swych łodziach turystów spragnionych kontaktu z morskimi ssakami. I gdzie mieszkają, prowadząc wspólnie podupadły hotel: 76-letnia Kathleen, legendarna poławiaczka rekinów, jej siostrzenica, 32-letnia, piękna i tajemnicza Liza oraz córka Lizy, 11-letnia Hanna. Ich spokojne, monotonne życie zakłóca przyjazd nowego hotelowego gościa. Mike, bo o nim mowa, to wciąż młody kawaler, chociaż już (czyjś) narzeczony. W dodatku - rekin biznesu, pewny siebie i zdeterminowany, by w okolicach Srebrnej Zatoki wznieść zupełnie nowy hotel - nowoczesny i luksusowy. Jak się okazuje, jego projekt to ogromne zagrożenie zarówno dla morskich stworzeń, skromnego hotelu Kathleen oraz dla Lizy, skrywającej mroczną tajemnicę. A Liza niewątpliwie przyciąga uwagę Mike'a, delfiny i wieloryby takoż. I co z tego wyniknie? Czy dojdzie do budowy nowego hotelu? Czy Mike zwiąże się z Lizą? Co ukrywa Liza? Heh, banalne pytania, ale odpowiedzi nie są już tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Co trzeba oddać Jojo Moyes? Umiejętność budowania napięcia, prowadzenia narracji tak, że odrywa uwagę czytelnika od swej, bądź co bądź, dość kulejącej pisaniny i skupia się na gwałtownych i - jak dla mnie - dość brutalnych i niespodziewanych zwrotach akcji. Owszem, "Srebrna Zatoka" nie jest epokowym arcydziełem, zawiera wiele uproszczeń i sporą dawkę nieprawdopodobieństw, przez co faktycznie przypomina raczej bajkę niż wartościową prozę, ale - czyśmy za starzy na takie bajki? Nie! I dlatego gorąco namawiam do lektury, na jesień będzie w sam raz - takie ostatnie podrygi lata, do których wielu z Was zatęskni czytając tę sympatyczną opowieść. A czyta się naprawdę przyjemnie - zwłaszcza ze świadomością, że nie jest to proza wybitna, a zwyczajny, lecz mocno pochłaniający, umilacz czasu (nota bene, osobiście uważam, że mimo wszystko można odnaleźć w tej książce rzeczy ciekawe i wartościowe, a także przejmujące, jak rozpacz matki po utracie dziecka, lub proekologiczne nastawienie Autorki - lubię też, kiedy pisarz wykazuje się w swojej prozie jakąś wiedzą, a o delfinach, rekinach i wielorybach oraz ich zwyczajach pisze Moyes dużo -widać, że zasięgnęła języka, że poszperała w bibliotece, w sieci - nie jest to wiedza przebogata, ale przynajmniej widać, że Autorka oprócz dość ckliwej historyjki starała się przemycić do swojej powieści rzeczy cenne i przydatne. I chwała jej za to. I pewnie dlatego tak mi się podobało.) Podsumowując: ja jestem na tak! |